Złoty medal i tytuł Klubowego Mistrza Polski wywalczyła drużyna Mikrusa w składzie Irena Sołdan, Kazimierz Merklejn, Miłosz Wrzałek i Rafał Lenartowski.
Bez większych nadziei na złoto jechaliśmy przez całą Polskę do Burzenina. Wszystkie kluby wystawiły mocne drużyny, wśród których niekwestionowanym faworytem była wrocławska Siódemka. Po przyjeździe na miejsce, okazało się że Ostróda się wycofała i moje marzenie o bye’u ulotniło się, jako że zmianie uległ system rozstawień. Zamiast planowanych 24 gier na łepka, ustalono 28, czyli z każdą drużyną po 4 partie. Dla mnie osobiście nie wróżyło to nic dobrego. Na domiar złego zmasowany atak przypuściły komary i nie wiedzieć czemu upatrzyły sobie Kazika za cel :)
W pierwszym pojedynku zmierzyliśmy się z mocniejszą drużyną łódzkiego klubu i wygraliśmy wynikiem 11-5, który to wynik zdarzył się nam trzykrotnie na 7 pojedynków. Jak wiadomo scrabble są grą nieprzewidywalną, o czym przekonaliśmy się niejednokrotnie podczas tych rozgrywek. Ze słabszym Krakowem II zremisowaliśmy już w drugiej rundzie, głównie za sprawą Herr Przemka, który rozmiażdżył nas 4-0. Nasuwa się w tym momencie refleksja - jakże ciekawą strategię obrały Krakusy, umieszczając w słabszej drużynie mocniejszego zawodnika, w nadziei na pomieszanie szyków swoim rywalom :) Można sobie wyobrazić jak wyglądało nasze morale po tym remisie. Nadzieja na jakiekolwiek miejsce na podium oddalała się coraz bardziej. Na szczęście chłopcy nie poddali się i następną rundę z warszawskimi Macakami II, pomimo moich 3 przegranych, wygraliśmy 12-4, co poprawiło nam nieco humory.
Drugi dzień zaczęliśmy z tak zwanej grubej rury, czyli od pojedynku z trzykrotnymi mistrzami Polski Macakami właściwymi (tak mi się wydaje, bo w końcu nie wiem która drużyna broniła tytułu :P). Kontynuuję niefart z drugiej połowy dnia poprzedniego i wygrywam tylko z Robkamem (kładąc mu uroczą premię EPILOIO), ale dzięki naszym trzem muszkieterom wygrywamy 9-7. Przed nami bardzo mocna grupa krakowska Ghost I. Pierwszą rundę wygraliśmy niespodziewanie 4-0. Justynę bolała głowa i udało mi się wziąć odwet za porażki w internetowych sparringach :), w następnej rundzie już zadziałała pigułka od Superlaseczki i oberwało się Kazikowi, jak również pozostałym Mikrusom z wyjątkiem Miłosza. W tym momencie przestało być już tak różowo. Następne dwie rundy przyniosły nam miażdżące zwycięstwo. Zakończyliśmy z wynikiem 11-5. Teraz wydawało się już z górki :). Przed decydującym ostatnim pojedynkiem z faworytami, gwiazdą tych mistrzostw, wrocławską Siódemką, czekały jeszcze Działony drugie i jeśli wydawało mi się, że trochę odsapniemy przed decydującym starciem, to się myliłam. Podobnie jak dnia poprzedniego, wieczorem zmęczenie wzięło górę i ostatnie rundy przegrałam, w tym jedną z Puszczykiem na własną prośbę.
Wieczorem tradycyjnie zorganizowaliśmy sobie rozmaite rozrywki od meczu w nogę, poprzez ognisko, skończywszy na zabawnej grze karcianej „apples to apples”, w której tryumfował Homba :).
Trzeciego dnia rozegraliśmy dwie rundy z Łodziakami drugimi i wcale nie było lekko. Astefka włożyła mi trzy czyściochy, ale w końcówce ugotowała się z mydłem. Ledwo z nią wygrałam. Z wynikiem 10-6 utrzymaliśmy się w klasyfikacji na 1. miejscu i z mieszanymi uczuciami czekaliśmy na ostateczną rozgrywkę z międzynarodową obsadą siódemkowego teamu z Wrocławia, którego ostentacyjna pewność siebie miała być pewnie deprymująca, ale nie zrobiła na nas większego wrażenia, zwłaszcza że startowaliśmy z lepszej pozycji - bez porażki, z jednym remisem, oni zaś zaliczyli „wtopę” z Macakami pierwszymi. Pierwsza runda zakończyła się remisem. Trudno opisać emocje, które targały wszystkimi w trakcie tych decydujących o miejscu na podium chwil.
Krótko charakteryzując nasze nastroje: Kazik nie bał się nikogo, Miłosz prawie nikogo, Hombie wydawało się, że nikogo, ale stres go jednak mocno trzymał w szachu, a ja wyjątkowo nie bałam się nikogo, bo ból głowy zobojętnił mnie na wszystko. Na szczęście Superlaseczka znowu pośpieszyła na pomoc z pigułką, która pomogła na pół godziny :)
W międzyczasie Ghost I zremisował z Macakami. Rezultaty ich zmagań miały wpływ na naszą pozycję na podium w razie przegranej lub remisu. Wygrana warszawiaków, a nasza przegrana lub chociażby remis, dawały im złoto. Trudno się dziwić, że trzymaliśmy kciuki za Krakusków :). Drugą rundę skończyliśmy z wynikiem 3-1. Przegrał tylko Miłosz z Darkiem, Bartek coś narzekał na moje „wysiane” składy, ale mydła dostaliśmy po równo. Trzecią rundę wygraliśmy z rozpędu również 3-1 i w tym momencie już prawie mieliśmy złoto. Przy wyniku 8-4 potrzebowaliśmy chociażby jednej wygranej, zwłaszcza że Krakusy przegrywały z Macakami dość znacznie. Do ostatniej rundy przeciwko mnie wytoczono najcięższe działo, w osobie aktualnego Mistrza Polski. Miałam przegrać, ale się nie udało – za ładne składy ciągnęłam z worka. Pomimo braku blanków i trzech zacnych premii Darka – ACHYLIE, (N)EODYMÓW i ENT(A)LPII (droższe o 22 pkt było TOPNIELI, ale już nie takie ładne) - wygrałam 462-416. Kobrem w partii z Miłoszem skwitował jego otwarcie PLUJESZ stwierdzeniem, że to najtrudniejsza premią, jaką położyła mu Rumia. Drogi Krzysiu, jeszcze nie wiesz, że nie zawsze wygrywa ten, kto położy trudniejsze, czy dziwniejsze słowo :P No cóż, panowanie nad emocjami, stresem czy rozczarowaniem nie jest wcale łatwą sztuką. Kazik wygrał z Bartkiem, a Homba zawalił wygraną grę w końcówce, ale to już było bez znaczenia. W ciągu tych trzech ciężkich dni każdy z nas przegrał co najmniej jedną grę w ten sposób, ale spuśćmyż zasłonę milczenia :)
Wynik pojedynku z Siódemką 11-5 zapewnił nam tytuł Klubowego Mistrza Polski. Na drugim miejscu uplasowały się Macaki I z Warszawy, a brąz przypadł Siódemce Wrocław. Wszystkim, wygranym i przegranym, serdecznie gratulujemy i do zobaczenia za rok!
Sirenka